Robert, Polska Ci kubicuje
13.11.2008
Dla wielu był objawieniem sezonu. Niektórzy obwieścili go kierowcą roku, inni widzą w nim największe zagrożenie dla Hamiltona. A jaki był ten sezon dla samego Roberta Kubicy? „Najcięższy” - stwierdził Polak.
Gdyby spojrzeć trzeźwym okiem na dokonania Roberta Kubicy w sezonie 2008, to z narodową dumą należałoby uznać, że kierowca BMW Sauber dokonał swoistego przełomu w porównaniu z rokiem 2007. Z tym, że to właśnie Robert jest liderem niemieckiego teamu, nikt już dziś nie dyskutuje. Prowadzącej dwójce przez niemal cały sezon spędzał sen z powiek, bo jak sam deklarował „idzie na mistrza”.
Stał się przy tym Robert „Małyszem F1”. Na przystankach, w pubach i w szkołach Kubica okazywał się być stałym „uczestnikiem” rozmów, gdy zamiast zaczepnego „jaka dziś piękna pogoda” zaczęło się mówić „a Kubicę widziałeś?”. Polska pokochała Kubicę, a wraz z Kubicą i F1, która stała się drugim po piłce kopanej sportem, o którym krajanie zaczęli wiedzieć wszystko. Nigdy nie byłem zwolennikiem „-manii”. Wizja sportowca uwielbianego i noszonego na rękach niczym najdroższy z narodowych skarbów, który w jednej chwili przestaje być symbolem, na wspomnienie którego rozdzierało się z dumy serce, jest dla mnie tyle niesprawiedliwa, ile krzywdząca. A przecież jest przy tym tak bardzo naturalna, że staje się powszechnym, a z czasem nawet koniecznym obrazem każdego wielkiego sportowca.
Wszyscy chcą wejść z Kubicą na szczyt Mont Everest. Jak gdyby miał w bolidzie bagażnik, w którym zmieściłby się cały nadwiślański podmuch wiary, że „Polak potrafi”. Bo inaczej niż w Wielkiej Brytanii czy we Włoszech: my nie spieramy się, czyje samochody są lepsze i kto ma dłuższą tradycję w „robieniu” samochodów. Tylko po to, żeby udowodnić, że kraj, który nie ma własnego toru pod F1, a na wspomnienie znanych kierowców wymienia się pośpiesznie Zasadę, Hołowczyca i Kuzaja, może wydać mistrza w najbardziej zaawansowanej technologicznie dyscyplinie sportu.
Niezależnie od tego, czy Robertowi uda się zdobyć tytuł i czy zasiądzie w bolidzie Ferrari, jest wielkim sportowcem. Plątającym się gdzieś pomiędzy nadzieją starszej generacji, pasją młodej „Kubicomanii” i zachwytem fachowców. Jest naszą stałą „nie-olimpijską” nadzieją na, miejmy nadzieję, następną dekadę. Sezon 2008, który podsumował niedawno: „Był długi i niesamowicie ciężki - prawdopodobnie najcięższy w mojej karierze. (...) Nie zwykłem chwalić samego siebie, ale sądzę, że jeździłem dobrze” zakończył Kubica w wielkim stylu. I czekając jego kolejnych występów w 2009, nie ustępujmy w biciu za to braw.