Zaledwie rok po ogłoszeniu sensacyjnego transferu Lewisa Hamiltona do Scuderii Ferrari, atmosfera wokół Czerwonych wydaje się daleka od triumfalnej, zwłaszcza po rozczarowującym sezonie 2025. Tymczasem głos zabiera Maurizio Arrivabene, były szef zespołu, który mimo wszystko nie traci wiary w duet kierowców. Jego analiza jest bezkompromisowa i sugeruje, że problemem niekoniecznie są same talenty za sterami, lecz to, co dzieje się w fabryce w Maranello.

„Lewis nie jest skończony”: Arrivabene staje w obronie mistrza i Lambo
Maurizio Arrivabene, człowiek, który przez lata kierował Ferrari w Formule 1, nie owija w bawełnę – choć wynik sezonu 2025 jest dla niego rozczarowaniem, to absolutnie nie wini za to Lewisa Hamiltona ani Charlesa Leclerca. Były team principal, jak sam przyznaje, nadal śledzi losy ekipy z najgorętszym sercem, bo pasja do Ferrari jest dla niego czymś nieodłącznym.
„Ja zawsze śledzę to z całego serca; to nieodzowna pasja. Jestem rozczarowany jak wszyscy. Wiem, jak trudno jest wygrywać w F1. Powstrzymam się od wydawania osądów na temat tych, którzy są tam teraz” – stwierdził Arrivabene w rozmowie z Quotidiano Sportivo, dając jasno do zrozumienia, że krytyka powinna być skierowana wyżej.
Najbardziej intrygujące jest jednak jego gorące poparcie dla siedmiokrotnego mistrza świata. Arrivabene uważa, że Hamilton, pomimo upływu lat i obecnych trudności, nadal dysponuje odpowiednim tempem, by walczyć o tytuły. Klucz leży jednak w maszynie, którą mu dostarczono.
„Lewis nie jest dla mnie skończony; on nadal jest konkurencyjny. Ale sprowadzasz kogoś takiego jak Hamilton tylko wtedy, gdy jesteś w stanie dać mu konkurencyjny bolid. Potrzebuje odpowiedniego sprzętu, by pokazać pełnię swoich możliwości. Jeśli go nie masz, nie zatrudniaj go” – grzmiał Arrivabene. To mocny sygnał, że sprowadzenie Hamiltona miało sens tylko wtedy, gdy Ferrari miało gotowy projekt na dominację, a nie na walkę o pojedyncze podesty.
Charles Leclerc – pewniak do tytułu, ale czy w czerwieni?
Drugim filarem wsparcia Arrivabene obdarzył swojego „chowańca” – Charlesa Leclerca. To właśnie Włoch w 2019 roku wprowadził Monakijczyka do seniorskiego zespołu Ferrari, co było znaczącym posunięciem. Arrivabene pozostaje przekonany o potencjale Leclerca, choć jego wizja przyszłości mistrzowskiej dla kierowcy jest podszyta pewną dozą niepewności.
„Uruchomiłem Leclerca w Ferrari w 2019 roku. To wspaniały kierowca i zawsze to udowadnia. Nie mam wątpliwości, że pewnego dnia zostanie mistrzem świata. Nie wiem, czy będzie to z Ferrari, ale mam taką nadzieję. Na pewno wygra mistrzostwo” – zadeklarował były boss.
Ta wypowiedź to klasyczna formuła: talent jest, ale czy maranelska stajnia dostarczy mu odpowiednie narzędzie, by zrealizować ten potencjał, zanim zmiana barw stanie się koniecznością? Sezon 2025, w którym Ferrari ledwo zahaczyło o siedem wyjazdów na podium, nie zwiastuje rychłego triumfu.
Kontrowersje w padoku: Czy Hamilton w ogóle doczeka się zwycięstwa?
Podczas gdy Arrivabene wyraża poparcie, w padoku nie brakuje głosów sceptycznych. W obliczu tak trudnego roku, w którym brakowało regularnej walki o zwycięstwa, pojawiły się nawet spekulacje o przedwczesnym końcu przygody Hamiltona w F1. Inni eksperci, tacy jak Romain Grosjean, zasugerowali, że Lewis może pożegnać się z Formułą 1 po zakończeniu sezonu 2026 – czyli po wygaśnięciu obecnego kontraktu, jeśli frustracja narastać będzie dalej.
Dla siedmiokrotnego mistrza świata to test charakteru, jakiego nie doświadczył od czasu złotej ery Mercedesa. Pytanie, które wisi w powietrzu, brzmi: czy Ferrari jest w stanie dokonać tak radykalnej transformacji inżynieryjnej w tak krótkim czasie, aby zadowolić kierowcę, który odszedł z Mercedesa, by walczyć o La Decima (dziesiąty tytuł)? Jak sam Arrivabene zauważył, sprowadzenie Lewisa było zobowiązaniem do wygrywania, a póki co, zobowiązanie to pozostaje niespełnione.