Emocje po brazylijskim blamażu Ferrari sięgają zenitu. Kiedy wydawało się, że najgorsze już za nami, na scenę wkracza Luigi Mazzola, inżynier wyścigowy kojarzony z erą Michaela Schumachera, by zrównać z ziemią słowa szefa Scuderii, Johna Elkanna. Czy prezes Ferrari przekroczył granicę, a może po prostu trafił w czuły punkt wewnątrz Maranello?

Ekspert Schumachera uderza w prezesa: Koniec z mydleniem oczu
Ostatni weekend Grand Prix Brazylii to dla Ferrari seria bolesnych rozczarowań, zwieńczona podwójnym odpadnięciem z wyścigu. Na tym tle ostro wypowiedział się prezes Ferrari, John Elkann, sugerując kierowcom, że powinni oni „mniej mówić, a więcej skupiać się na jeździe”. Ta uwaga wywołała falę krytyki, ale to reakcja byłego inżyniera wyścigowego, Luigiego Mazzoli, zapamiętanego ze współpracy z Michaelem Schumacherem, jest obecnie najgłośniejsza. Mazzola nie owijał w bawełnę, oceniając kompetencje prezesa w kontekście Formuły 1.
Mazzola w rozmowie z NewsF1 jasno podkreślił, że takie publiczne uwagi to prosta droga do wewnętrznego konfliktu.
„Brudne pranie pierze się w domu — to oczywiste. Kiedy mówisz coś takiego publicznie, politycznie już kogoś atakujesz. Zazwyczaj, gdy robisz takie rzeczy, to po to, by celować w kogoś, aby ukształtować to, co wydarzy się później” – skomentował Mazzola.
Dla doświadczonego inżyniera, sformułowanie skierowane do kierowców było nie tylko taktycznie nieprzemyślane, ale i kuriozalnie nietrafione czasowo. Mazzola uważa, że Elkann zmarnował idealną okazję do celebrowania sukcesu w innej, równie ważnej gałęzi sportów motorowych, zamiast tego grzebiąc się w problemach F1.
„Elkann ma tyle wiedzy o Formule 1, co ja o ekonomii – zasadniczo niewiele, szczerze mówiąc bardzo mało. Wypowiedział tę frazę w momencie, gdy mógłby zdobyć duże punkty, świętując sukces WEC: wygraliście tytuł kierowców, tytuł konstruktorów — po co w ogóle mówić o Formule 1?”
To porównanie, zestawienie go z własnym brakiem wiedzy w dziedzinie ekonomii, jest szczególnie bolesnym ciosem z ust kogoś, kto pamięta czasy potęgi Ferrari.
Czy Elkann popełnia błędy dyletanta?
Były inżynier Ferrari sugeruje, że słowa prezesa mogły nie być jego autorskim pomysłem, co tylko pogłębia wrażenie braku autentyczności i kompetencji na najwyższym stanowisku.
„Te słowa mogły nawet nie pochodzić bezpośrednio od niego – prawdopodobnie zostały mu podpowiedziane. Pewne postaci są wyraźnie karmione konkretnymi kwestiami” – dodaje Mazzola.
W świecie Formuły 1, gdzie każdy komunikat jest ważony, publiczne krytykowanie własnych kierowców tuż po niepowodzeniu z pewnością nie służy morale zespołu. Warto jednak zaznaczyć, że Luigi Mazzola nie widzi w Elkannie takiego „motoru napędzającego”, jakim był Luca di Montezemolo, którego słowa miały realną wagę i wpływ na całą organizację.
„Oczywiście, to nie służy zespołowi, ale prawdą jest również, że on nie jest Montezemolo. Nie jest kimś, kogo słowa mogą mieć aż taki wpływ. Tak to widzę” – konkluduje Mazzola.
To spostrzeżenie jest kluczowe: brak respektu lub autorytetu decyzyjnego sprawia, że ostra krytyka z góry, zamiast zdyscyplinować, może wywołać efekt odwrotny – poczucie, że zarząd nie rozumie realiów toru wyścigowego.
Nowy front krytyki: Leclerc jako przepłacony talent
Tymczasem, oprócz krytyki skierowanej pod adresem zarządczym, Sainz i Leclerc musieli zmierzyć się z ostrą oceną swoich umiejętności, tym razem ze strony legendy włoskiego motorsportu. Arturo Merzario, były kierowca, który zasłynął ratując Niki Laudę z płonącego bolidu na Nürburgringu w 1976 roku, nie oszczędził Charlesa Leclerca.
Merzario stwierdził bez ogródek, że obecny skład kierowców nie jest tak wyjątkowy, jak się go kreuje. Jego ocena Leclerca jest szokująco bezpośrednia.
„Leclerc zajął miejsce w Ferrari, na które w tamtym czasie po prostu nie zasługiwał” – argumentował Merzario. Dodał, że chociaż Charles to „bardzo dobry kierowca, jak wielu innych”, to brakuje mu tej iskrzy, która czyni mistrza. „Nie jest wyjątkowy” – podsumował Merzario, sugerując, że presja Czerwonych stawia go w pozycji, do której mógł być jeszcze niedojrzały.
W obliczu podwójnej porażki i ostrych słów płynących zarówno z zewnątrz, jak i z własnych szeregów (nawet tych emerytowanych, ale legendarnych), Ferrari stoi przed koniecznością gruntownej rewizji strategii komunikacyjnej i, być może, sportowej. Czy te krytyczne głosy zmobilizują ekipę, czy tylko pogłębią istniejące podziały? Czas pokaże.