Po spektakularnym medialnym szumie związanym z transferem do Ferrari, początek ery Lewisa Hamiltona w barwach włoskiego giganta okazał się bolesny, osiągając historycznie niski punkt dla kierowcy i ekipy. Czy siedmiokrotny mistrz świata jest już zmęczony Formułą 1 i marzy o ucieczce od całego tego cyrku?

Czy Hamilton ma już dość F1? Marzenia o cyfrowym detoksie i emeryturze
Zapowiadało się na renesans Ferrari, a wyszło jak na razie jak gorzki żart. Po optymistycznych zapowiedziach z Maranello, transfer Lewisa Hamiltona do Scuderia Ferrari na sezon 2025, rzeczywistość okazała się dla 39-latka brutalna. Sezon ten zakończył się dla Brytyjczyka absolutnym dnem – bez ani jednego miejsca na podium. To nie tylko osobista porażka, ale i historyczny zgrzyt dla Ferrari: to pierwsza taka sytuacja dla kierowcy Czerwonych od 1981 roku, kiedy to Didier Pironi (numer startowy Hamiltona, ironia losu) nie zdołał wdrapać się na pudło.
Po ostatnim wyścigu, gdzie jakimś cudem przebił się z P16 na P8, Hamilton rzucił coś, co zabrzmiało jak wołanie o pomoc: chciał „całkowicie odłączyć się od matrycy” podczas zimowej przerwy i planował dosłownie „wyrzucić telefon do kosza”. Kiedy dziennikarze dopytywali go, jak to jest „odłączyć się”, odpowiedział szczerze:
„Dowiem się, kiedy to zrobię” – wyznał GPblogowi. „Tak, nie mogę się doczekać, żeby uciec od tego wszystkiego. Sesje zdjęciowe, te wszystkie sprawy co tydzień. Po prostu, pewnego dnia, liczę na to, że nie będę musiał tego wszystkiego robić” – dodał Hamilton, otwarcie mówiąc o swojej wizji emerytury w F1.
Odpowiedź na Hejt: Kierowca, który „nie jest na ich poziomie”
Brak wyników, będący efektem koszmarnej adaptacji do tegorocznego bolidu Ferrari, naturalnie otworzył puszkę Pandory wśród ekspertów. Wiek Hamiltona (zbliżający się do 40-stki) jest ciągle podnoszony jako argument za tym, że powinien zacząć myśleć o powieszeniu kasku na kołku. Nawet były kolega z Mercedesa, Nico Rosberg, sugerował, że to może być czas na ewaluację kariery.
Jak sam mistrz reaguje na głosy krytyków, którzy widzą jego koniec? Jego riposta była mocna, typowa dla kogoś, kto wie, ile osiągnął w tym sporcie:
„Nie powiedziałbym im nic. Żaden z nich nie dokonał tego, co ja. Oni nawet nie są na moim poziomie” – odparł twardo.
Co napędza go do dalszej walki, skoro krytyka jest tak głośna, a wyniki nie przychodzą? Hamilton podkreśla fundamentalne elementy, które utrzymują go w szalonym świecie Grand Prix:
„To miłość do tego, co robisz. To miłość do ścigania się, to niesamowite wsparcie od ludzi wokół mnie, moich fanów, to jest stałe, rozumiesz? Utrzymanie celu przy życiu, wciąż mam marzenie, w które wierzę, i to jest to, co chcę osiągnąć” – podsumował swoją motywację.
Kontrowersje wokół komentarzy Norrissa i wątpliwości byłego szefa Ferrari
Pomiędzy osobistymi rozterkami, Hamilton musiał zmierzyć się również z szerszym kontekstem paddocku. Po Grand Prix Kataru, kiedy komentował wpływ relacji medialnych na personel Ferrari, Hamilton musiał także odnieść się do uwag Lando Norrissa na temat zdrowia psychicznego w F1. Kiedy zapytano go o stanowisko nowego mistrza świata, Hamilton wykazał się pewną powściągliwością, choć docenił otwartość:
„Nie wiem, nie mogę za bardzo komentować, nie wiem dokładnie, co powiedział, więc niewiele mogę powiedzieć. Ale myślę, że to świetnie, że ludziom można pokazać ich wrażliwość i że to jest prawdziwa sprawa we współczesnym świecie. To powinno być traktowane poważnie.”
Tymczasem, echo niepowodzeń Ferrari dociera do samych korzeni włoskiego motorsportu. Maurizio Arrivabene, były szef zespołu, publicznie podważył sensowność pozyskania Hamiltona, co z pewnością nie poprawiło nastrojów w zespole. Wypowiedź ta stanowi subtelne przypomnienie, że oczekiwania wobec „Czerwonych” to zawsze gra o najwyższą stawkę, a nie tylko o sentymenty.