Reputacja Dana Ticktuma, podobnie jak ostra przyprawa, zawsze towarzyszyła mu na każdym zakręcie kariery. Mimo kontrowersji i słów, które niejednokrotnie wywoływały burzę, Brytyjczyk udowadnia, że nie można go zignorować – zarówno za kierownicą, jak i poza torem. Czy najnowsza eskapada w Formule E tylko podsyci ogień wokół jego osoby, czy może okaże się katalizatorem dojrzałości?

Chaos w Meksyku i wybuch w mediach społecznościowych
Choć rywalizacja w „królowej sportów motorowych”, Formule 1, zamarła na zimowy odpoczynek, elektryzująca Formuła E pruje już na całego. W minioną sobotę bolidy zawitały do Meksyku na drugi wyścig sezonu, a dla Dana Ticktuma był to kolejny weekend naznaczony pechem. Brytyjczyk, jeżdżący dla zespołu Kiro, wciąż czeka na przejechanie linii mety w tym sezonie. Najpierw kolizja z Nyckiem de Vriesem w São Paulo, a teraz starcie z Antonio Felixem da Costą w Mexico City sprawiły, że jego bolid nie kończył wyścigów.
Warto zaznaczyć, że Da Costa, który sam uczestniczył wcześniej w incydencie z Maximilianem Guntherem i Nickiem Cassidym, uderzył w bolid Ticktuma w następstwie tamtej sytuacji. Uszkodzenia okazały się tak poważne, że Brytyjczyk musiał po raz drugi z rzędu wycofać się z dalszej rywalizacji w Formule E.
Prawdziwa bomba wybuchła jednak w eterze. Po wyścigu na portalu Autosport pojawił się cytat z kierowcą Kiro, który natychmiast obiegł sieć: „Po prostu banda kretynów, kolego. Jeżdżą jak przewrażliwione dzieciaki, szczerze mówiąc, to żałosne. A dyrektor wyścigu nikomu nie daje kar. Mam tego dość. To nie jest kategoria dla utalentowanych kierowców”.
Wypowiedź natychmiast zebrała lawinę komentarzy. Ticktum postanowił zareagować, twierdząc, że „jego słowa zostały wyrwane z kontekstu”. Podkreślił, że jest „jedynym kierowcą, który ma jaja, by kwestionować brak kar” i że „po prostu stara się ulepszyć ten sport dla widzów i zawodników”. Choć publikacja szybko usunęła post z cytatem, Ticktum przeniósł dalsze wyjaśnienia na swoje osobiste relacje na Instagramie.
Jak Ticktum buduje i niszczy swój wizerunek?
Łatwo jest stracić zaufanie, ale o wiele trudniej je odzyskać. Jak mawiał amerykański aktor Will Rogers: „Budowanie dobrej reputacji zajmuje całe życie, ale można ją stracić w minutę”. Nie da się ukryć, że brytyjski kierowca ma na swoim koncie – i co sam przyznaje – szereg kontrowersyjnych działań i wypowiedzi z przeszłości. Choć może to brzmieć jak banał, każdy popełnia błędy; najważniejsze jest to, czego się na nich nauczymy.
Z pewnością Ticktum wyciągnął wnioski z części swoich potknięć – to widać gołym okiem podczas wywiadów w ostatnich latach. Sezon po sezonie pokazywał ogromny rozwój – nie tylko na torze, ale także przed kamerami. Odegrał kluczową rolę w awansie Kiro, pomagając zespołowi przejść od bycia outsiderem do wygrywania wyścigów w 2025 roku. Zmężniał także w kwestiach medialnych. Obecnie nadal nie boi się mówić, co myśli, ale zdaje się już wiedzieć, kiedy należy włączyć tryb „głosu wewnętrznego”.
Czy F1 potrzebuje takich osobowości, czy tylko robotów na kółkach?
Tym, co budzi największy podziw w jego ewolucji, jest fakt, że nigdy nie stracił swojego „ja”. Ticktum to Ticktum właśnie dzięki swojej brutalnej szczerości, a ta szczerość sprawia, że jest on niesamowicie ciekawym rozmówcą z perspektywy dziennikarza. Dziś trudno o kierowców, którzy autentycznie dzielą się swoimi przemyśleniami, niezależnie od tego, czy są one „ładne”, czy nie. U niego widzisz to, co widzisz, a jeśli okażesz mu szacunek, on odwzajemni go stuprocentowo.
Powinniśmy doceniać takie postacie jak on, zamiast próbować kurczyć ich osobowości. Gdybyśmy chcieli oglądać pozbawione emocji roboty prowadzące te bolidy, moglibyśmy po prostu włączyć symulację. Zamiast tego musimy wspierać pasję, emocje i ciężką pracę, które biją z nich.
Przez lata narzekało się, że FIA za bardzo ogranicza kierowcom możliwość okazywania osobowości, co tylko potwierdza, że publiczność tego oczekuje. Dlatego tak przykre jest widzieć falę nienawiści, która często się wokół niego podnosi. Nawet jako dziennikarz, nie udawałbym, że znam tych kierowców prywatnie; zazwyczaj widzimy jedynie ich persona zawodową. Jednak ostatnie lata udowodniły bezsprzecznie, że Ticktum jest jednym z najbardziej niedocenianych kierowców – nie tylko jako zawodnik, ale także jako człowiek.
Jest cholernie szybkim kierowcą z ogromnym potencjałem, a jego dotychczasowe osiągnięcia to potwierdzają. Pomimo pozorów, wielu wciąż mylnie oceniających, jest to w gruncie rzeczy porządny facet, który pokazał, że wyciągnął wnioski ze swoich błędów i zasługuje na danie mu drugiej szansy.