Piątkowe sesje treningowe Formuły 1 w Las Vegas przypominały bardziej chaotyczny pokaz uliczny niż profesjonalne przygotowania do wyścigu i pozostawiły czołówkę kierowców w kompletnej niepewności co do realnego tempa. Zamiast budować przewagę, zespoły opuściły tor z większą liczbą pytań niż odpowiedzi, a winowajcą był element, którego nikt się nie spodziewał – luźna studzienka kanalizacyjna.

Las Vegas: Kiedy sesja treningowa zamienia się w loterię
Pierwszy trening, choć niepozbawiony akcentów – jak prowadzenie Charlesa Leclerca i obecność Maxa Verstappena oraz Yukiego Tsunody w czołowej czwórce – był relatywnie spokojny. Prawdziwy dramat rozegrał się jednak podczas drugiego „piątku”. Ta sesja, delikatnie mówiąc, była bałaganiarska. Wszystko z powodu niesławnej, luźnej studzienki kanalizacyjnej, która wymusiła czerwoną flagę i brutalnie przerwała kluczowy czas na zapoznanie się z torem.
Ta przerwa była ciosem dla strategów. Kierowcy i ich inżynierowie spędzili długi czas w garażach, czekając, aż inni „oczyścili” tor z pyłu i wilgoci, które nagromadziły się podczas przestoju. Wszyscy ruszyli na tor najpierw na średnich mieszankach (mediums), gdzie Leclerc znów pokazał moc, ale różnice były minimalne. Lando Norris, George Russell i sam Verstappen tracili do lidera mniej niż cztery dziesiąte sekundy. Wyglądało obiecująco, ale to był dopiero preludium do zamieszania.
Dramat ze studzienką: Dlaczego softy nie działały?
Gdy zespoły przeszły na miękkie, najbardziej pożądane w symulacjach kwalifikacyjnych opony (softs), sprawy przybrały nieoczekiwany obrót. Lando Norris i Kimi Antonelli wykręcili czasy lepsze na miękkich, ale czołówka absolutnie nie była w stanie poprawić swoich rezultatów z dużej części sesji.
Co więcej, Leclerc, mimo że ukończył okrążenie na softach, nie zdołał pokonać swojego czasu z mediumów! A to już jest sygnał alarmowy. Co najdziwniejsze, kierowcy Red Bulla i Russell w ogóle nie byli w stanie ustanowić czasu na miękkich oponach, zanim sesja została ostatecznie porzucona z powodu ponownego problemu z tą nieszczęsną studzienką.
Jak podsumował po tym dniu Verstappen, był zadowolony z balansu bolidu, ale nie miał pojęcia, gdzie faktycznie jest w stosunku do rywali po tym pierwszym dniu w Las Vegas. Brak symulacji kwalifikacyjnych i co gorsza – brak symulacji długich przejazdów (long runs) – oznacza, że on i jego zespół mają skrajnie mało danych na resztę weekendu. Jak ironicznie zauważył inżynier wyścigowy Holendra, Gianpiero Lambiase, „balans był lepszy”, ale to marna pociecha bez danych o zużyciu opon.
Mercedes w cieniu wątpliwości, McLaren zbiera laury
Najbardziej zaniepokojony wydawał się George Russell. Choć zeszłoroczny triumfator z Vegas, Brytyjczyk otwarcie kwestionował, czy jego Mercedes jest faktycznie tak konkurencyjny, jak sugerowały lepsze wyniki w sezonie 2025 na innych obiektach. Zarówno Russell, jak i Antonelli obawiają się, że na torach zimnych i o niskim docisku, takich jak ten na Stripie, Mercedes może stracić przewagę, jaką zbudował nad konkurencją w tym sezonie.
Na drugim biegunie nastrojów znalazł się McLaren. Zespół, który w ostatnich latach miał poważne problemy w Las Vegas, a także często cierpiał w niskich temperaturach i na niskim docisku, wrócił z pierwszych przejazdów w znakomitych nastrojach. Norris, który zanotował najlepszy czas w skróconej sesji FP2, przyznał: „Samochód jest o wiele lepszy w Las Vegas niż w poprzednich latach”. To dało mu ogromną dawkę pewności siebie. Oscar Piastri, choć nie poprawił czasu na miękkich, również czuł wyraźną poprawę osiągów bolidu na słynnym bulwarze.
Ostatecznie, piątek w Las Vegas pozostawił nas z ogromnym znakiem zapytania. Zwykle symulacje kwalifikacyjne i długie przejazdy dają jasny obraz hierarchii na resztę weekendu. Tutaj? Nikt tak naprawdę nie wie, gdzie jest. Pewność siebie McLarena może być przedwczesna, ale w obliczu chaosu, to oni wydają się być jedynym zespołem, który ma podstawy, by być zadowolonym.