Wielkie emocje w Las Vegas! Mimo że finałowe rezultaty nie poszły po jego myśli, Charles Leclerc opuścił pustynne Grand Prix z poczuciem, że dał z siebie absolutnie wszystko. Czy frustracja monakijskiego kierowcy Ferrari ma uzasadnienie, biorąc pod uwagę chaotyczny wyścig i okoliczności, które zaważyły na jego pozycji? Przyglądamy się, dlaczego szóstka (a ostatecznie czwórka) to dla niego gorzki smak sukcesu.

Leclerc na 200%: Czy to był wyścig perfekcyjny, ale pechowy?
Choć Charles Leclerc zameldował się na mecie pierwotnie na szóstym miejscu w Las Vegas, a po doliczeniu kary dla Kimiego Antonelliego awansował ostatecznie na czwartą pozycję (przed dyskwalifikacją McLarenów), jego deklaracje po wyścigu sugerują, że wynik ten jest dla niego rozczarowaniem, choć wynikał z maksymalnego wysiłku. Kierowca Ferrari nie krył, że zostawił na torze dosłownie wszystko.
„Przez cały wyścig dawałem z siebie 200 procent. Nie sądzę, żebym zostawił cokolwiek w rezerwie.”
Te mocne słowa padły z ust Leclerca, który po usłyszeniu informacji o karze dla Antonelliego – a tym samym stracie pozycji tuż przed metą – zareagował w bolidzie emocjonalnie, mówiąc inżynierowi: „cholernie to” (f** that*). Jednak po opuszczeniu bolidu, Monakijczyk podszedł do oceny swojego występu bardziej analitycznie, choć wciąż z nutą niedosytu.
Kiedy media dopytywały go o ewentualną możliwość dogonienia rywali, Leclerc był jednoznaczny: „Dałem sto procent do końca i niczego nie zostawiłem na stole, więc nie [nie miałem szansy być bliżej niego]”.
Gorzki smak P6 i problemy z bolidem na prostej
Leclerc przyznał, że mimo wszystko, nawet po awansie (przed zdyskwalifikowaniem Norrisa i Piastriego byłby to P6), utrzymanie się na wyższych lokatach było niezwykle trudne do wzięcia. Patrząc na start z dziewiątej pozycji i ogólny przebieg weekendu, awans o kilka pozycji jest miłym akcentem, ale nie wynagradza pewnych niedociągnięć.
„Nadal jest to bardzo frustrujące, że kończymy dopiero na P6 (przed dyskwalifikacją dwóch McLarenów – red.) startując z P9. Z drugiej strony, jeśli spojrzę na mój wyścig, to był to trochę szalony wyścig.”
Największym problemem okazała się beznadziejna prędkość na prostych, co zmusiło Leclerca do podejmowania ogromnego ryzyka przy manewrach wyprzedzania. „Musiałem podjąć ogromne ryzyko, aby wyprzedzać, ponieważ byliśmy bardzo, bardzo wolni na prostych” – skarżył się kierowca Ferrari. Ten mankament sprawił, że utrzymanie tempa w pętli wyścigowej było walką z samą maszyną.
Dodatkowo, Leclerc zasugerował, że kluczowy moment straty nastąpił wokół pit stopu. „Nie do końca rozumiem, co stało się wokół pit stopu, ale wydaje się, że straciliśmy sporo pozycji. Przyjrzymy się temu, czy mogliśmy coś lepiej zrobić w tamtym momencie.”
Walka o DRS i koszmar z Piastrim
Monakijczyk podkreślił, jak kluczowe w utrzymaniu tempa było posiadanie przewagi DRS, której brak oznaczał spowolnienie bolidu Ferrari niemal do poziomu, z którym nie mógłby walczyć.
„Po prostu myślę, że oni mieli trochę więcej tempa pod koniec, ale ja też naciskałem mocno za nimi, próbując zbliżyć się na tyle, na ile to możliwe. Musiałem to robić, bo inaczej straciłbym DRS, a bez DRS byłem tak wolny.”
Szczególnie frustrujący był pojedynek z Oscarem Piastrim. Leclerc musiał wkładać nadludzki wysiłek, by skrócić dystans, a dokładnie w momencie, gdy był blisko wyprzedzenia Australijczyka, ten uzyskiwał DRS, co natychmiast niweczyło całą pracę Leclerca. To była walka z wiatrem i systemem aerodynamicznym.
Po ostatecznym awansie na czwarte miejsce — wynikającym z dyskwalifikacji Lando Norrisa i Oscara Piastriego — Leclerc wyprzedził w klasyfikacji generalnej Lewisa Hamiltona, który wystartował z ostatniej pozycji i skończył na ósmej. Jednak w kontekście walki konstruktorów Ferrari zanotowało mniejszy dorobek punktowy niż Mercedes, co powiększyło stratę do nich w batalii o wicemistrzostwo na 53 punkty. Zostawienie „czegoś na stole” mogło być kluczowe w tym wyrównanym boju.