Daniel Ricciardo, ikona Formuły 1 i ulubieniec kibiców, zniknął z torów F1, ale nie z areny sportowej rywalizacji. Czy zamiana bolidu na potężnego Forda F-150 Raptora w piaskach Arizony to tylko przerywnik, czy może zwiastun zupełnie nowej fazy w karierze „Miodowego Borsuka”? Przyjrzymy się tej nietypowej przygodzie Adriana na pustyni i temu, co dalej z przyszłością Australijczyka.

Od asfaltu do piachu: Ricciardo podbija pustynię w Fordzie
Daniel Ricciardo, były kierowca Red Bull Racing i ośmiokrotny zwycięzca wyścigów Grand Prix, niedawno zamienił precyzję inżynierii F1 na surową moc terenowej bestii. Ricciardo zaangażował się we współpracę z Ford Motorsport, a jego najnowszym „narzędziem pracy” stał się Ford F-150 Raptor. Australijczyk wziął udział w rajdowym wyzwaniu podczas Raptor Rally w Lake Havasu w Arizonie. To zdecydowanie inna jazda niż walka o pole position na Monzy, ale radość z prędkości pozostaje ta sama.
Ricciardo, który oficjalnie został ambasadorem amerykańskiego producenta, nie stronił od adrenaliny. W relacjach z wydarzenia widać, jak legendarny kierowca F1 mierzy się z wyzwaniami piasku, w tym skokami samochodem. Jak sam przyznał, to było doświadczenie na granicy komfortu i czystej zabawy.
„To było całkiem niesamowite. Wystrzeliłem moim truckiem, a potem poprowadzili mnie jacyś profesjonaliści od off-roadu, Lauren i Mitch. Czułem spory strach, ale było naprawdę super. Nigdy wcześniej nie robiłem niczego podobnego” – relacjonował Ricciardo po zakończeniu przejażdżki.
W Formule 1 często mówi się o społeczności i więziach w zespole, ale Ricciardo podkreślił, że to środowisko Forda również wywarło na nim ogromne wrażenie. Prawdziwą esencją raptorowej przygody okazała się atmosfera panująca wśród pasjonatów.
„Zakończyliśmy dzień ze wszystkimi z rajdu i myślę, że społeczność, którą tu zbudowano, jest naprawdę niesamowita. Sądzę, że to, co czyni Raptora wyjątkowym, to ludzie i dni takie jak ten – wspaniale jest być tego częścią” – dodał na zakończenie Australijczyk.
Czy to koniec historii z Formułą 1?
Dla fanów, którzy po raz kolejny widzieli Ricciardo cieszącego się życiem poza kokpitem F1, powrót do tematu zakończenia jego kariery w bolidach jest nieunikniony. Przypomnijmy, że „Miodowy Borsuk” pożegnał się z Racing Bulls (wówczas AlphaTauri) po Grand Prix Singapuru. Od tego czasu, mimo spekulacji, Ricciardo nie nalegał na powrót do F1, preferując teraz inne motoryzacyjne wyzwania i rolę ambasadora. Widok go w czołgu F-150, a nie w aerodynamicznym bolidzie, utwierdza w przekonaniu, że jego drogi na razie rozeszły się z Formułą 1.
Numer, który łączy pokolenia: Verstappen przejmuje spuściznę Ricciardo
W międzyczasie, na froncie Formuły 1, dzieją się polityczne i personalne roszady dotyczące numeracji startowej. Niedawno Max Verstappen ogłosił, że w sezonie 2026 porzuci swój dominujący numer 1, wracając do preferowanego numeru 3. I tu pojawia się zgrzyt historyczny – numer 3 to był właśnie numer startowy Daniela Ricciardo przez całą jego karierę w Formule 1.
Verstappen, który musiał ustąpić numeru 1 mistrzowskiemu tytułowi, który niespodziewanie umknął mu w sezonie 2025, wybrał numer, który symbolicznie łączy go z… dawnym kolegą z zespołu i rywalem. Wybór ten jest intrygujący – czy to ukłon w stronę przeszłości, czy po prostu powrót do ulubionej cyfry? W kontekście obecnej sytuacji Ricciardo, to symboliczne przejęcie „jego” numeru przez aktualnie panującego mistrza dodaje smaku tej pozasportowej historii. Tak czy inaczej, choć Ricciardo jeździ po pustyni, jego numer wciąż żyje na torach F1.