Wyobraźcie sobie ten scenariusz: Desmosedici i Yamahy ustępują miejsca bolidom z owalne koła, a legendarny „Doktor” Valentino Rossi, dziewięciokrotny mistrz świata MotoGP, wkracza na arenę IndyCar. Choć dla wielu to tylko fantazja, nowe rewelacje sugerują, że ten szalony crossover był o krok od stania się faktem za sprawą potężnego McLarena.

Czy Rossi miał podbić Indianapolis? Sensacyjne plany Zaka Browna
Świat sportów motorowych wstrzymał oddech, gdy Jenna Fryer, szanowana dziennikarka Associated Press, rzuciła bombę na profil X (dawniej Twitter). Według jej ustaleń, sam Zak Brown, dyrektor generalny McLarena, miał ambitny plan na przyszłoroczne Indianapolis 500. Wcale nie chodziło o kolejny lukratywny deal w Formule 1. Brown rzekomo dążył do pozyskania Valentino Rossiego. Tak, tego Rossi, ikony MotoGP, która zakończyła swoją karierę na dwóch kółkach w 2021 roku.
Plan był konkretny: jednorazowy występ w legendarnym „Brickyardzie” w barwach Arrow McLaren. Fryer zwięźle podsumowała, pisząc: „Teraz, gdy to się nie wydarzyło, ten ‘ogromny’ jednorazowy występ w Indy 500, o który Brown zabiegał, to był…”, ilustrując to GIF-em przedstawiającym włoskiego zawodnika. To musiała być wizja rodem z hollywoodzkiego scenariusza! Zak Brown, znany z zamiłowania do spektakularnych ruchów, ewidentnie chciał połączyć swoje dwie pasje: F1 i amerykański oval racing, angażując do tego najbardziej rozpoznawalne nazwisko we współczesnym motosporcie.
Od MotoGP do światów WEC i IndyCar: Doktor w bolidzie z otwartym kokpitem?
Dla fanów motoryzacji, którzy śledzili karierę Rossiego po odłożeniu kasku MotoGP, taka wiadomość jest ekscytująca, choć jednocześnie budzi żal, że nie doszło do skutku. „The Doctor”, człowiek, który zgromadził dziewięć tytułów mistrzowskich (siedem w klasie królewskiej), od lat z powodzeniem transformuje się w kierowcę samochodowego. Już teraz ma na koncie udziały w wyścigach klasy GT World Challenge, a co ważniejsze – startował w słynnym WEC, włączając w to prestiżowy debiut w 24-godzinnym klasyku Le Mans.
Rossi udowodnił, że jego wyczucie maszyny i instynkt rywalizacyjny nie zniknęły po przesiadce na cztery koła. IndyCar, a zwłaszcza Indianapolis 500, to jednak zupełnie inna bajka – to jazda na krawędzi limitów przypływu i odpływu sił odśrodkowych, której różnice w inżynierii i aerodynamice są kolosalne w porównaniu do prototypów Le Mans. Pytanie brzmi: czy „Doktor” byłby w stanie okiełznać superszybkie, nerwowe bolidy IndyCar, trenując do jednego, kluczowego wyścigu?
Kto w końcu zasiądzie w bolidzie Arrow McLaren na Indy 500? Powrót weterana
Skoro włoska legenda nie trafiła do składu, McLaren musiał szybko znaleźć alternatywę, by zrealizować swój plan dotyczący „specjalnego” czwartego auta. I choć Rossi pociągałby za sobą miliony fanów, wybór padł na kogoś równie rozpoznawalnego w świecie amerykańskich wyścigów owalnych.
Arrow McLaren potwierdził, że skład na 110. edycję Indianapolis 500, która odbędzie się 24 maja przyszłego roku (chwila, chwila, poprawmy to – zgodnie z informacjami, wyścig odbędzie się w niedzielę 25 maja 2025 roku, po tegorocznym triumfie Alexa Palou z Chip Ganassi Team), uzupełni Ryan Hunter-Reay. To nie byle kto! Hunter-Reay to weteran IndyCar i triumfator legendarnego wyścigu z 2014 roku. Zasiądzie on za sterami u boku stałych bywalców zespołu – Pato O’Warda, Nolana Siegela oraz Christiana Lundgaarda.
Warto tu wspomnieć o zapowiedziach samego Zaka Browna, które podsycały spekulacje na temat „tajnej broni”. Kilka miesięcy temu w wywiadzie dla IndyStar ekscentryczny szef McLarena rzucił znaczącą uwagę: „Mamy asa w rękawie i byłoby niesamowicie, gdyby to się udało. To byłoby nie z tego świata”. Choć Indy 500 z Guardią Rossi byłby bezsprzecznie światowym wydarzeniem, powrót Hunter-Reaya to również mocny sygnał skierowany do amerykańskich kibiców. Wyścig ten, jak co roku, zapowiada się elektryzująco.