Deszczowa, zdradliwa noc w Las Vegas obnażyła słabości i ambicje kierowców Formuły 1. Gdy bolidy tańczyły na mokrym asfalcie, wydawało się, że historyczny moment jest na wyciągnięcie ręki. Jednakże, jak to często bywa w GP, ostatnie minuty kwalifikacji brutalnie zweryfikowały marzenia, pozostawiając jednego z kierowców z poczuciem niedosytu, mimo fantastycznego występu.

Czy Carlos Sainz był o włos od sensacji na alei mistrzów?
Kwalifikacje do Grand Prix Las Vegas były prawdziwym spektaklem chaosu i precyzji, zwłaszcza gdy tor, dopiero co pokryty wilgocią, zamienił się w lodowisko. Carlos Sainz, reprezentujący Williamsa, przeżył chwilę chwały, która momentalnie uleciała, gdy najszybsi zawodnicy dnia przypomnieli o swojej dominacji. Hiszpan zdołał na chwilę zanotować najlepszy czas, co w jego przypadku, biorąc pod uwagę realia bolidu Williamsa, graniczyło z cudem.
Sainz, który ostatecznie ustawił się na P3, opowiadał o swoich odczuciach z sesji. To nie był zwykły szybki przejazd; to była jazda na krawędzi, która przyniosła mu wiarę we własne możliwości, a być może i w możliwości maszyny.
„To był bardzo dobry przejazd. Myślałem, że to okrążenie godne pole position.”
Te słowa idealnie oddają emocje kierowcy, który czuł, że tym razem przechytrzył warunki i rywali. Sainz doprecyzował tę chwilę triumfu:
„Kiedy zamknąłem okrążenie, widziałem siebie na P1 i zdałem sobie sprawę, że jako pierwszy samochód przekroczyłem linię mety. I cóż, może to nie miało trwać długo, bo ci dwaj goście [Verstappen i Norris] nadjeżdżali, ale czułem, że to naprawdę dobre kwalifikacje.”
Przez moment wydawało się, że Williams jest na drodze do powtórzenia historycznej chwili. Ostatnie pole position dla stajni z Grove miało miejsce w Austrii w 2014 roku, kiedy to Felipe Massa i Valtteri Bottas zgarnęli dublet. Takiego scenariusza nikt się nie spodziewał na krętej ulicznej trasie w Nevadzie.
Stroll, sędziowie i ulga w boksach Williamsa
W mokrych warunkach, gdzie margines błędu jest niemal zerowy, takie wyniki budzą kontrowersje i dodatkowe emocje. Poza samą rywalizacją o tempo, Sainz musiał stawić czoła śledztwu sędziów. Podczas sesji Q1 doszło do incydentu, w którym Hiszpan miał rzekomo zablokować Lance’a Strolla. Dla kierowcy na P3, który miał realną szansę na spektakularny wynik, taka interwencja mogła oznaczać koniec marzeń.
Na szczęście dla Sainza i całego zespołu, po wnikliwym przeanalizowaniu sytuacji, sędziowie orzekli, że dalsze działania nie są konieczne. Wynik P3 został zatem potwierdzony, co było kluczowe po jego świetnej jeździe.
Ekstremalna woda kontra deszczowe opony, czyli co lubi Williams?
Warunki w Las Vegas były bez wątpienia skrajnie trudne. Wielu czołowych kierowców otwarcie przyznawało, że były to jedne z najbardziej wymagających kwalifikacji w ich karierze. Sam Max Verstappen określił jazdę jako „niezbyt przyjemną”. Kiedy inni narzekali na brak przyczepności i nieprzewidywalność toru, Sainz sugerował, że trudniejsze warunki mogły mu wręcz pomóc.
Hiszpan wyraźnie preferował opony na skrajnie mokrą nawierzchnię (extreme wet).
„O ile w ogóle, to myślę, że byliśmy bardziej konkurencyjni na oponach 'extreme wet’ w Q1 i Q2. Żałuję, że nie utrzymałyby się na skrajnie mokrym torze, bo to była opona, która dała mi najlepsze wyczucie i największą pewność siebie.”
Przejście na opony przejściowe (inters) nie było już tak płynne, choć ostatecznie okazało się wystarczająco dobre. Sainz przyznał, że po FP3 i słabszym występie na tym mieszanym poziomie wilgoci, oczekiwał gorszej końcówki. Niemniej jednak, wywalczone P3 to najlepszy wynik zespołu od dłuższego czasu – drugi po Azerbejdżanie, gdzie Sainz zdołał wywalczyć podium.
Warto zaznaczyć, że weekend w Vegas nie obył się bez dramatów dla całego zespołu Williams. Podczas gdy Sainz błyszczał, jego kolega z zespołu, Alex Albon, uderzył w bandę już w Q1, co poskutkowało koniecznością startu z odległej szesnastej pozycji. Mimo to, to właśnie wynik Hiszpana sprawił, że na chwilę Williams zawisł w glorii, udowadniając, że w Formule 1 warunki atmosferyczne potrafią być największym wyrównywaczem, a czasem nawet najlepszym sprzymierzeńcem.