Emocje wjeżdżają na tor w Las Vegas, ale dla Yukiego Tsunody rajd po alejce serwisowej okazał się koszmarem. Choć bolid Red Bulla z mistrzem świata na pokładzie finiszował na podium, to japoński kierowca, mimo obiecujących zapowiedzi, musi zbierać resztki weekendu, który zepsuła… prosta decyzja techniczna. Czy to był tylko pech, czy może sygnał, że w Red Bullu brakuje mu uwagi?

Techniczna pomyłka, która kosztowała punkty: „To było proste”
Grand Prix Las Vegas miało być pokazem siły dla Red Bulla, zwłaszcza po tym, jak Max Verstappen spokojnie sięgnął po zwycięstwo. Jednakże, dla Yukiego Tsunody weekend ten zamienił się w pasmo frustracji. Mimo że w sesjach treningowych Japończyk regularnie dotrzymywał kroku Verstappenowi, a nawet go wyprzedzał w FP1, jego potencjał został brutalnie stłamszony. Wszystko przez kuriozalny błąd w ustawieniach.
Wyobraźmy sobie tę scenę: jesteś gotów na walkę, czujesz prędkość, a potem dowiadujesz się, że katastrofa wydarzyła się jeszcze przed startem kwalifikacji. Powodem okazały się odczyty ciśnienia w oponach, które były „daleko poza oknem” akceptowalnych parametrów. Tsunoda, który ostatecznie ukończył wyścig na P12, nie krył swojego rozczarowania i żądał wyjaśnień.
„Chcę wiedzieć, dlaczego ta rzecz… to były tak podstawowe sprawy. To było totalnie poza skalą. Nie mówię o małych odchyleniach. Przy takim ustawieniu nie ma szans na bycie konkurencyjnym”
Japończyk był wyraźnie wściekły, sugerując, że błąd był całkowicie do uniknięcia. Dodał z goryczą:
„Myślę, że dało się tego uniknąć. Nie byliśmy w stanie temu zapobiec ani chociaż poprawić w sesji. To jest coś, co musimy przeanalizować. My to dosłownie wyrzuciliśmy do kosza.”
Dodatkowym obciążeniem była decyzja o montażu zupełnie nowej jednostki napędowej w jego bolidzie numer 22, co automatycznie oznaczało start z alei serwisowej, niezależnie od wyników kwalifikacji. Teoretycznie, błąd w ciśnieniu opon, który pchnął go na P19 w kwalifikacjach, nie byłby tak druzgocący, gdyby nie wymóg startu z pit-lane, ale i tak zniweczył szansę na solidną pozycję wyjściową.
Skąd ta forma? Tsunoda widzi światełko w tunelu
Mimo fiaska w Vegas, Tsunoda uparcie szuka pozytywów, a te, na szczęście, są namacalne. Przez większość weekendu, aż do momentu katastrofy w kwalifikacjach, jego tempo było zdumiewające. Porównanie z Maxem Verstappenem, który notabene wygrał wyścig, jest najmocniejszym punktem odniesienia.
Yuki twierdzi, że udowodnił sobie i zespołowi, iż jest w stanie regularnie rywalizować z trzykrotnym mistrzem świata. To ma być fundament pod kolejny wyścig – Grand Prix Kataru.
„Przynajmniej pokazałem wielokrotnie aż do kwalifikacji – od FP1 do FP3, w każdej sesji, na każdym przejeździe, mocno walczyłem z Maxem i wielokrotnie byłem przed nim” – argumentował Japończyk.
Jak sam zauważył, te sesje treningowe pokazały poziom, na którym jego bolid jest w stanie jeździć, kiedy wszystko działa poprawnie. To cenna wiedza, którą musi przenieść do Kataru.
„To jest coś, czego oni nie widzieli, a ja nie miałem tego przez długi czas. To jest coś, co powinienem uznać za pozytyw. Moje tempo było niesamowite. Oczywiście, niesamowite u Maxa jest to, że on dodaje kolejny poziom w kwalifikacjach. Ale ja też miałem pewność siebie, większą niż w jakimkolwiek innym Grand Prix. Tak, to ogromny pech. Ale pozytywem jest to, że tempo rośnie, poprawia się. Więc [chodzi o] powtórzenie tego w Katarze.”
Wina leży po stronie boksów, ale czy Mekies to wystarczy?
Rozczarowanie Tsunody jest zrozumiałe, zwłaszcza gdy jego szefostwo w końcu przyznało się do winy. Laurent Mekies, szef zespołu Red Bull, wydał publiczne „mea culpa” za fatalny błąd w kalibracji ciśnienia opon, który dosłownie pozbawił Yukiego przyczepności podczas kluczowego Q1. To nie jest drobna pomyłka, to operacyjny błąd w fundamentach ustawienia bolidu.
Kiedy brakuje przyczepności na tak nietypowym i wymagającym torze, jakim jest Las Vegas, kierowca jest bezradny. Mekies przyznał, że to ich zaniedbanie spowodowało eliminację Japończyka w pierwszej rundzie kwalifikacji. Choć przyznanie się do błędu jest krokiem w dobrym kierunku i uwalnia kierowcę od psychologicznej presji, pozostaje pytanie: jak głęboko sięgają problemy proceduralne w zespole, skoro tak „podstawowe sprawy” wybijają z rytmu czołowego kierowcę? Tsunoda i jego fani będą teraz wypatrywać, czy podobne, kardynalne błędy nie powtórzą się w kolejnych wyścigach, bo potencjał jest, ale infrastruktura i precyzja operacyjna muszą mu dorównać.