Nikt nie jest bezpieczny w strefie radości po udanym wyścigu Formuły 1, nawet szefowie zespołów. Najnowsze doniesienia z Williamsa sugerują, że James Vowles, dyrektor techniczny, stał się nieoczekiwanym celem ataku na podium – i to nie ze strony kierowcy, który właśnie się na nim znalazł! Przygotujcie się na historię o szaleńczej ucieczce przed szampanem i rewanżu, który obiecał sam szef zespołu.

Kto powalił Vowlesa? Nie zgadniecie, kto stał za tym zamieszaniem
Wszyscy widzieliśmy radość w garażu Williamsa, zwłaszcza po spektakularnych rezultatach Carlosa Sainza. Hiszpański kierowca, który w swoim debiutanckim sezonie z ekipą zanotował już trzy miejsca na podium, wreszcie dostarczył powody do prawdziwej euforii. Jednak zamiast celebrować w spokoju, dyrektor techniczny, James Vowles, musiał stoczyć osobistą walkę o przetrwanie. I powodem tej ucieczki nie był sam Sainz, który regularnie pnie się na szczyt, ale… jego imiennik, a zarazem menadżer!
Dla tych, którzy śledzą Formułę 1 od dawna, tegoroczne wyniki Sainza mogły wydawać się zaskoczeniem. Początkowo, gdy wyniki nie szły po jego myśli, a kolega z zespołu, Alexander Albon, dominował formą, wokół Hiszpana narosło sporo wątpliwości. Ale Sainz się nie poddał. Powoli, ale systematycznie, integrował się z bolidem, co zaowocowało fantastycznym trzecim miejscem w Grand Prix Azerbejdżanu. Potem dołożył kolejne P3 w sprincie w Austin, by zwieńczyć to trzecim miejscem w kwalifikacjach do GP Las Vegas, a na koniec, dosłownie kilka tygodni temu, stanął na podium w Katarze, za plecami Maxa Verstappena i Oscara Piastriego. Prawdziwa jazda po bandzie, ale w pozytywnym sensie!
Szampan – broń masowej zagłady w padoku
Gdy emocje sięgają zenitu, a podium jest świeżo zdobyte, nadchodzi ta mroczna, choć pachnąca drożdżami chwila – szampan. James Vowles doskonale wie, że to rytuał, którego trzeba unikać, jeśli ceni sobie suchy garnitur. Jak sam wyjawił w materiałach opublikowanych przez Williamsa na platformie X:
„Więc, sekret tych wszystkich [ceremonii] polega na tym, że siadasz, rozglądasz się w lewo i w prawo i lokalizujesz ludzi z butelkami szampana, ponieważ to od nich uciekasz z pełną prędkością.”
Brzmi jak scenariusz bondowskiego thrillera, tyle że z procentami. Ale w tym konkretnym przypadku, ucieczka nie powiodła się. Vowles został dopadnięty, co doprowadziło do komicznego upadku i oblania.
„Caco” Sainz dał nauczkę szefowi Williamsa. Vowles przysięga zemstę!
A kto był tym kaskaderem? Jak się okazało, głównym sprawcą zamieszania, który doprowadził do fizycznego powalenia Vowlesa, był kuzyn i menadżer kierowcy. Tak, dobrze czytacie – inny Carlos Sainz, którego Anglik nazwał czule „Caco”. Mózg operacji, który najwyraźniej zna Vowlesa na wylot.
Brytyjski szef zespołu wyjawił z komicznym oburzeniem szczegóły starcia, które wyglądało na scenę z wrestlingu:
„Przy tej konkretnej okazji, Caco [menadżer Carlosa Sainza i kuzyn] był już na to przygotowany. Więc menadżer Carlosa Sainza, również nazwany Carlos Sainz, tylko po to, by ułatwić mi życie, przygotował się na to. Wiedział, że będę sprintował, i zaczął sprintować wcześniej, i faktycznie mnie potknął. I nic do cholery nie widziałem, ponieważ wlał mi dwa butelki szampana prosto w oczy i to wszystko, co pamiętam.”
Zazwyczaj szefowie zespołów oczekują, że ich pracownicy będą uciekać przed rywalami, a nie przed celebrowaniem własnego sukcesu. Po tym, jak Vowles osunął się na ziemię, Caco miał mu rzekomo zadać pytanie o sens panicznej ucieczki. Odpowiedź szefa była oczywista, logiczna i doskonale oddająca ducha F1 po podium:
„A potem zapytał: 'Dlaczego uciekałeś?’, a ja na to: 'Dlatego uciekam, żeby tego uniknąć’.”
Na szczęście dla zespołu i dla statystyk urazów: „Na szczęście, mam się dobrze, jak się okazuje. Żadnych szkód. I przysięgam, że odwdzięczę mu się w pewnym momencie” – zakończył groźnie, ale z uśmiechem, dyrektor techniczny Williamsa. W świecie Formuły 1, gdzie napięcie jest stałym elementem krajobrazu, nawet przypadkowe potknięcia stają się zapowiedzią przyszłych, równie widowiskowych starć. Musimy tylko poczekać, kiedy Vowles odpłaci pięknym za nadobne Caco. Kto wie, może następnym razem to on będzie miał w ręku butelkę… wody?